Wraz z nadejściem cieplejszych dni mieszkańcy Nowej Anglii coraz chętniej spędzają czas na świeżym powietrzu, w ogrodach i parkach. Choć wiosna bywa kapryśna, a nocne przymrozki wciąż przypominają o niedawnej zimie, wzrost temperatury oznacza powrót zagrożenia, o którym warto pamiętać: chorób odkleszczowych, w tym boreliozy. Nazwa tej choroby pochodzi od miejscowości w stanie Connecticut, gdzie po raz pierwszy zidentyfikowano schorzenie wywoływane przez bakterie Borrelia burgdorferi. Kleszcze jelenie, które są głównymi nosicielami tych patogenów, występują w tym regionie powszechnie. Spacer po lesie czy praca w ogrodzie wymagają zachowania czujności i dokładnego sprawdzania ciała po powrocie do domu. Choć do transmisji bakterii zazwyczaj potrzebny jest dłuższy kontakt z aktywnym kleszczem, wczesne wykrycie pasożyta znacząco zmniejsza ryzyko zakażenia.
W przeszłości podejmowano już próby walki z boreliozą za pomocą szczepień. W 1998 roku amerykańskie organy regulacyjne zatwierdziły preparat LYMErix, opracowany przez firmę SmithKline (później GlaxoSmithKline). Badania kliniczne z udziałem ponad 10 tysięcy osób wykazały wówczas 76-procentową skuteczność w zapobieganiu chorobie, przy braku istotnych skutków ubocznych. Mimo obiecujących wyników, szczepionka nie była pozbawiona wad. Wymagała podania trzech dawek w ciągu roku, a czas trwania ochrony pozostawał kwestią otwartą. Pojawiły się również obawy natury behawioralnej: eksperci ostrzegali, że osoby czujące się bezpiecznie dzięki szczepieniu mogą zrezygnować z innych metod ochrony przed kleszczami. W obliczu niepełnej skuteczności preparatu mogłoby to paradoksalnie prowadzić do wzrostu liczby zachorowań na boreliozę oraz inne groźne choroby odkleszczowe, takie jak babeszjoza czy gorączka plamista Gór Skalistych.
Kluczowym momentem dla losów LYMErix stały się doniesienia o rzekomych skutkach ubocznych, w szczególności o dolegliwościach stawowych przypominających artretyzm. Choć dane z systemu VAERS – choć niekompletne i obarczone pewnym marginesem błędu – nie wykazały korelacji między szczepieniem a występowaniem zapalenia stawów, sprawa trafiła do sądu w formie pozwu zbiorowego. W 2002 roku, w obliczu spadającej sprzedaży i presji prawnej, firma GSK wycofała produkt z rynku. Ugoda sądowa, która zakończyła spór, przyniosła zyski kancelariom prawnym, jednak nie przewidywała odszkodowań dla osób, które rzekomo ucierpiały w wyniku szczepienia. Decyzja ta była podyktowana raczej chęcią uniknięcia długotrwałych i kosztownych batalii sądowych niż dowodami na szkodliwość preparatu.
Obecnie temat powraca za sprawą nowych prac badawczych. Firmy Pfizer i Valneva zakończyły trzecią fazę badań klinicznych nad nową szczepionką przeciwko boreliozie. Preparat ten, podobnie jak jego poprzednik, celuje w białko bakterii znane jako OspA, jednak oferuje szersze pokrycie wariantów patogenu. Wstępne wyniki wskazują na skuteczność na poziomie 70–75 procent. Choć liczba przypadków boreliozy odnotowanych w trakcie badań była zbyt mała, by uzyskać pełną istotność statystyczną, Pfizer zdecydował się na złożenie wniosku o rejestrację. Równolegle nad własnymi rozwiązaniami opartymi na technologii mRNA pracuje firma Moderna.
Przyszłość tych szczepionek pozostaje otwarta. Podobnie jak w przypadku LYMErix, nowe preparaty wymagają wielodawkowego schematu podawania, a badacze wciąż analizują optymalne odstępy między dawkami oraz konieczność stosowania przypominających zastrzyków w kolejnych latach. Jeśli szczepionki trafią na rynek, ich sukces będzie zależał nie tylko od wyników medycznych, ale także od tego, jak na nowe produkty zareaguje otoczenie prawne i czy uda się uniknąć kontrowersji, które przed laty doprowadziły do wycofania pierwszej szczepionki. Warto dodać, że w przeliczeniu na polską walutę, koszty związane z takimi procesami i wycofaniem produktów z rynku sięgają milionów złotych, co stanowi ogromne wyzwanie dla producentów leków.

